18. Serce Jezusa - zelżywością napełnione

Już samo wcielenie było wielkim aktem upokorzenia dla Syna Bożego, który przyszedł na świat tak, jak inne ludzkie dzieci, ale i tego jeszcze nie było Mu dosyć: chciał być ze wszystkich najbiedniejszy - narodził się w stajni.

Gdy Jezus wyszedł z Nazaretu, zaczęły się dla Niego dużo większe upokorzenia. Starszyzna żydowska prześladowała Go ustawicznie, obdarzając Go różnymi przezwiskami, zarzucając Mu zmowę z Belzebubem. Podczas męki upokorzenia Chrystusa przechodziły wszelką miarę. Był On przedmiotem wyrafinowanej pogardy. Wszyscy Go oskarżali, a nikt się za Nim nie ujął. Jakiż to triumf dla przywódców narodu żydowskiego, a jakież upokorzenie dla Chrystusa! Był sądzony i potępiony jako bluźnierca, jako gorszy od największych przestępców: jednogłośnie uznano go winnym śmierci. Po tym wyroku ustąpiły u Jego prześladowców wszelkie hamulce ludzkiej powściągliwości. Bito Jezusa pięściami, opluwano Go i szydzono: "Prorokuj, kto Cię uderzył" (Łk 22, 64). Jezus nie odezwał się ani jednym słowem...

W piątek rano Chrystus został zaprowadzony do pretorium Piłata dla potwierdzenia wyroku śmierci. Musiał wtedy przejść ulicami Jerozolimy zatłoczonymi ludźmi, którzy przybyli ze" wszystkich stron na święta paschalne. Jezus szedł związany jak niebezpieczny złoczyńca. Na Jego twarzy widać było ślady krwi. Ci, którzy Go prowadzili, obchodzili się z Nim brutalnie. Gdyby jakiś przybysz spoza Palestyny zapytał miejscowych ludzi, kto to taki, otrzymałby prawdopodobnie odpowiedź: "To fałszywy prorok, który najwidoczniej dobrze sobie zasłużył, skoro tak jest traktowany przez naszych przywódców". Prawdziwy zbrodniarz niewiele zapewne by się tymi opiniami przejmował. Dla szlachetnego Serca Zbawiciela było to wielkie cierpienie; był to kielich goryczy, który On chciał wypić do dna. O te rozkrzyczane, nienawistne tłumy musiał się Chrystus ocierać jeszcze kilkakrotnie, gdy był prowadzony do Heroda i powtórnie do Piłata, a potem na Kalwarię.

Piłat nie chciał się zajmować przyprowadzonym Żydem. Dowiedziawszy się, że jest Galilejczykiem, odesłał Go do Heroda. A Herod - jak zapisał Ewangelista - "wzgardził Nim [...] wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz..." (Łk 23,11). Zemścił się za to, że Jezus nie tylko nie zechciał uczynić żadnego cudu, ale w ogóle nie chciał z nim rozmawiać. Żołnierze, znudzeni bezczynnością, tylko czekali na taką okazję, żeby mogli się nad kimś znęcać do woli. Jezus znalazł się ponownie u Piłata. Ten zaproponował Żydom, by sobie z okazji świąt wybrali jakiegoś więźnia do uwolnienia. Żydzi wybrali Barabasza - znanego złoczyńcę.

Jezus, skazany na śmierć, szedł obarczony drzewem hańby pośród dwu łotrów, jak człowiek przeklęty przez Boga i ludzi. Jego głowa w cierniowej koronie, oczy zaszłe krwią i łzami, policzki sine od uderzeń. Nic nie zostało z Jego szlachetnej piękności poza łagodnym, pełnym miłości spojrzeniem. Spełniły się plany żydowskich kapłanów, widzących w Jezusie zagrożenie swojego przywództwa: Nazarejczyk zawisł na krzyżu. I tu jeszcze tłum ranił Go bezlitosnym naigrawaniem się i grubiańskim szyderstwem. Wołał, żeby zstąpił z krzyża. Nie miał tyle ludzkiego uczucia, aby konającego zostawić w spokoju. Oto ile zelżywości wycierpiał Chrystus za grzechy ludzkiej pychy. Dlatego strzeżmy się tego grzechu.

Przeciwstawiajmy się mu, praktykując cnotę pokory. Przyznajmy się do naszych błędów i grzechów. Nie usprawiedliwiajmy się, a zwłaszcza nie uciekajmy się do kłamstwa, aby się przed ludźmi wytłumaczyć. Jeśli nie możemy się zdobyć na to, by przyjąć upokorzenia, to przynajmniej starajmy się być obojętni zarówno na pochwały, jak i na nagrody ze strony naszych bliźnich. Kochajmy pokorę, a zapewnimy sobie miłość Boskiego Serca. Ono będzie naszą chwałą.